Nasz portal korzysta z informacji zapisanych za pomocą plików cookies. Więcej informacji

Nasz portal korzysta z informacji zapisanych za pomocą plików cookies, które pozwalają zwiększać Twoją wygodę. Z plików cookies mogą także korzystać współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Dla Twojej wygody założyliśmy, że zgadzasz się z tym faktem, ale zawsze możesz wyłączyć tę opcję w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących plików cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci komputera. Więcej informacji można znaleźć na stronie Wszystko o ciasteczkach.

tło
pl|en
Końska dawka emocji!
Menu

Mistrz i Małgorzata, czyli jak połknąć wyścigowego bakcyla

Fot. Bogusław Jędrych

Leszek Kasprowicz mieszka i pracuje w Poznaniu, ale często bywa na Partynicach, bo tu trenuje i ściga się jego trzyletnia klacz Ura Ura.

- Skąd pomysł, żeby mieć wyścigowego rumaka?

- To trochę skomplikowana historia. Jesienią 2010 r. będąc w Warszawie, całkiem przypadkowo wylądowałem na torze wyścigów konnych. Po odwiedzeniu kilku teatrów i innych warszawskich atrakcji postanowiłem pójść na tor. I tak jakoś zaskoczyłem. Potem przez zimę śledziłem fora internetowe i na wiosnę, już systematycznie zacząłem bywać w kolekturze, obstawiając przy tym niehazardowo. W Internecie znalazłem anons o sprzedaży koni u Jarka Zalewskiego, obecnego wspólnika, który sprzedawał swoje roczniaki. Zafascynowała mnie nazwa jednego z nich – Inczuczuna. Skontaktowałem się z Jarkiem najpierw mailowo, a potem zaprosił nas, żebyśmy jadąc na urlop, wpadli po drodze do niego do Konar. Oprowadził nas po swojej stadninie i swym entuzjazmem zaszczepił we mnie myśl o posiadaniu konia wyścigowego. Tam też na padoku poznałem m.in. klacz Ura Ura. Tak się szczęśliwie złożyło, że potraktowała mnie łagodnie, bo nie mam jakoś szczęścia do koni – budzą we mnie, oględnie mówiąc, rezerwę. Konie to wyczuwają i mam z nimi kontakt, powiedzmy, średni. A ona potraktowała mnie lepiej niż inne konie i tak zrodził się sentyment.

- Czy już wtedy podjął Pan decyzję, żeby ją kupić?

- Nie. Wtedy jeszcze nie. Ale zacząłem o tym intensywnie myśleć. Nie da się ukryć, że warunki finansowe, jakie były w Warszawie – bo wtedy tylko Warszawa wchodziła w rachubę – czyli kupno konia plus trening były dla mnie troszeczkę zniechęcające. Na początek, nie wiedząc jeszcze, co i jak, a do tego mając jeszcze racjonalną żonę, nie chciałem się na to porywać tak zupełnie bez przygotowania. Ale to we mnie kiełkowało i po roku pojechałem na dłużej do Jarka Zalewskiego do Konar. Prawdę mówiąc, miałem zamiar kupić jednego z koni rekreacyjnych, na których wcześniej jeździłem. Tak się jednak stało, że konie rekreacyjne – te dwa, które mnie interesowały – sprzedał. Podobnie jak wszystkie dwulatki, poza klaczą Ura Ura, i właśnie szuka wspólnika, żeby ją oddać do treningu. Tak to w lipcu ubiegłego roku stałem się współwłaścicielem wyścigowego rumaka. Szczęśliwie się złożyło, że był do wzięcia akurat ten koń, który najbardziej mi odpowiadał. W podjęciu decyzji pomogło mi też to, że Wrocław uruchamiał wyścigi koni pełnej krwi angielskiej. A także, a może przede wszystkim, korzystniejsza niż w Warszawie cena utrzymania i treningu konia.

- Pana stajnia nazywa się dość oryginalnie „Mistrz i Małgorzata”. Skąd się wzięła?

- To był generalnie pomysł Jarka, czyli wspólnika. Chociaż mnie jako nowicjuszowi pozostawił kwestię wyboru nazwy i barw stajni, jako tę przyjemniejszą część posiadania konia, która ma osłodzić poniesione koszty. I ja, żeby żonę lepiej usposobić do zakupu wyścigowego konia, postanowiłem w nazwie stajni umieścić jej imię – Małgorzata. Podrzuciłem to Jarkowi, a on miał błyskawiczne skojarzenie, które zresztą mnie też bardzo odpowiadało. Jestem zwolennikiem wyścigów bardziej kolorowych poprzez ciekawe nazwy i barwy stajni, imiona koni.

- A jak się miała sprawa z barwami stajni?

- Barwy to już jest mój patent. Pomarańczowy kolor z jednej strony dobrze kontrastuje z ciemną maścią konia, a z drugiej strony wybrany został ze względu na córkę, która mieszka w Holandii. A ponieważ jest ona z rodziny jakby najmniej zainteresowana moim pomysłem z posiadaniem wyścigowego rumaka, chciałem w ten sposób lekko ją do tego zbliżyć. Logo, czyli czarny kot Behemot, nawiązuje do nazwy stajni. Trzeba było ten pomarańczowy kolor czymś uzupełnić, a paski w poprzek czy na ukos jakoś mnie nie kręciły.

- Ma Pan też inne konie wyścigowe? Albo planuje mieć?

- Nie mam innego konia, ale oczywiście myślę o małej rozbudowie mojej stajni. Nie da się ukryć, że w jakimś stopniu uzależniam to od tego, jak się będzie na torze spisywać Ura Ura. Dobrze by było, jakby trochę pomogła w swoim utrzymaniu, co pozwoliłoby mi poświęcić część środków finansowych na następnego konia. Póki co, są to dość luźnie plany, ale myślę, że prędzej czy później zostaną zrealizowane.

- Jakie nadzieje wiąże Pan z tym sezonem?

- Jest cel, o którym się mówi tak między nami wspólnikami, plus trener, a którym jest Oaks. Ale czy on jest realny? Na razie właściwie klacz nie była tak naprawdę sprawdzona. Nie mam takiego napięcia, że koń musi. Jeżeli da mi jakieś emocje, biegając w trzeciej grupie, też będę szczęśliwy. Oczywiście człowiek marzy, żeby wygrać jakąś fajną gonitwę, najlepiej dużą, żeby zaznać trochę wyścigowego splendoru. A przy okazji, jeśli pojawią się pieniądze z nagrody za zwycięstwo, tym lepiej. Na pewno zostaną zainwestowane w wyścigi, czyli powiększenie stajni.

- Czy rodzina podziela Pana wyścigową pasję?

- No, nie w takim stopniu jak bym chciał. Nie da się ukryć, że ja jestem najbardziej zarażony wyścigowym bakcylem i to ja jestem siłą napędową tego przedsięwzięcia wśród rodziny. Stopień zaangażowania jej członków jest różny. Córka przebywa za granicą, kontakt z nią jest rzadszy i przez to wydaje się być najbardziej zdystansowana wobec wyścigowej pasji ojca. Ale pomału, także barwami stajni, staram się ją wkręcić. Może następnego konia będę miał wspólnie z córką? Syn bardzo dobrze to przyjmuje. Razem z nami uczy się jazdy konnej. Myślę, że nie będzie miał najmniejszego problemu, żeby tę stajnię ewentualnie pociągnąć dalej. A żona – to jest taka akceptująca tolerancja. Miała troszeczkę obawy przed... dlatego na początku działałem po cichu. To była wyłącznie moja decyzja. Teraz już akceptuje fanaberie małżonka, a do Urszuli (tak jest „pobieżnie” nazywana nasza klacz) ma stosunek wręcz entuzjastyczny. Jeździ ze mną – do Wrocławia, do Warszawy. Na większych wydarzeniach na Służewcu, jak Derby, Wielka Warszawska i jeszcze kilka innych jesteśmy razem. Żona wygrała nawet w 2012 r. konkurs typerów „Złap lidera” organizowany przez portal finisz.pl, będąc absolutną debiutantką wyścigową.

- Wyścigi to hobby, a  czym się Pan zajmuje na co dzień?

- Z wykształcenia jestem chemikiem. Pracuję w centrum logistyki Henkla pod Poznaniem, jedynym takim dużym centrum w Europie środkowo-wschodniej. Czyli człowiek pracy najemnej, żaden tam odziedziczony majątek. Jak widać na moim przykładzie, można udźwignąć opłacanie końskiego pensjonatu z pensji.

Rozmawiał Piotr Pękala
Fot. Bogusław Jędrych 

PS W sezonie 2014 stajnia pana Leszka Kasprowicza powiększyła się o kolejna dwa konie - klacze Tirana i Uczitelka Tanca.

facebook