Nasz portal korzysta z informacji zapisanych za pomocą plików cookies. Więcej informacji

Nasz portal korzysta z informacji zapisanych za pomocą plików cookies, które pozwalają zwiększać Twoją wygodę. Z plików cookies mogą także korzystać współpracujący z nami reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące plików cookies. Dla Twojej wygody założyliśmy, że zgadzasz się z tym faktem, ale zawsze możesz wyłączyć tę opcję w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystanie z naszego serwisu bez zmiany ustawień dotyczących plików cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci komputera. Więcej informacji można znaleźć na stronie Wszystko o ciasteczkach.

tło
pl|en
Końska dawka emocji!
Menu

Karolek i Karolka, albo o tym, jak się poznali

Fot. Marta Nowakowska

Ona Polka, on Czech. Poznali się we Włoszech. Hodują konie w Drogoszowicach k. Twardogóry, na Partynicach prowadzą stajnię wyścigową. O swoich końskich przygodach w kraju i za granicą opowiadają Elwira Porębna i Josef „Pepo” Sedlaček.

E. P.: - Do Włoch wyjechałam po 1992 roku i spędziłam tam siedem lat, pracując przy koniach wyścigowych. Później odwiedzałam w czasie wakacji koleżankę i trochę jeździłam na koniach. Któregoś razu, to było w Pizie, okazało się, że mam dzielić pokój z pewną Austriaczką, której nie bardzo się to podobało. Wtedy pojawił się Pepo, który służył nam za tłumacza, bo ona po włosku nic, ja po niemiecku nic, a trzeba było jej wytłumaczyć, że nie ma wyboru i musi się zgodzić. I to był pierwszy raz, kiedy ja i Pepo spotkaliśmy się.

J. S.: - Byłem wówczas koniuszym w Austrii i na zimę przyjechałem z sześcioma końmi do Pizy. Tam dostałem dobrą ofertę od trenera Borromea. Była korzystna finansowo i ciekawa ze względu na to, że Włochy to kraj wyścigowy na wysokim poziomie. Dla mnie to był całkiem inny świat. Przyjąłem propozycję i zacząłem pracować w Pizie. Kiedy zostałem poproszony o tłumaczenie, zrobiłem, co miałem zrobić i na tym się skończyło.

Przez kolejnych kilka lat spotykali się we Włoszech przypadkowo przy różnych okazjach. Elwira jeździła na koniach różnych trenerów, Pepo został trenerem na własną rękę. Miał w treningu konie z Austrii, Niemiec, Włoch. Akurat w stajni obok tej, w której pracowała Elwira. Ale bliższą znajomość zawarli pewnego wieczoru na karaoke. Ona pracowała wówczas w stajni trenera Ferdiego z Merano, on spotkał tam znajomego Słowaka.

J. S.: - Zapytałem o Elwirę, wpadłem na kawę. Kilka dni później wyszliśmy razem na kolację, a potem zaczęliśmy się regularnie spotykać.

E. P.- Po jakimś czasie, to był rok 2005, trener, u którego pracowałam, likwidował stajnię w Pizie i wracał do Merano. Ja z wiadomych powodów nie chciałam tam jechać i razem z Pepo wybraliśmy się na wakacje do Polski, do Wrocławia.

J. S.: - Pierwszy raz tu byłem. Przyjechaliśmy na tydzień, zostaliśmy miesiąc.

We Włoszech spędzili jeszcze rok. Elwira pracowała w stajni jako koniuszy, Pepo miał w treningu konie z Austrii. Na wiosnę stwierdzili, że prędzej czy później trzeba będzie wracać do kraju i ustabilizować się. Akurat boom wyścigowy we Włoszech powoli zbliżał się do końca i z perspektywy czasu oboje oceniają, że decyzję o przyjeździe na stałe do Polski podjęli we właściwym momencie.

E. P.- Zamieszkaliśmy we Wrocławiu, Pepo zaczął handlować paszami. Ale cały czas nas ciągnęło do koni, żeby coś robić z nimi: hodować, trenować, cokolwiek. Na Partynicach nie można było wynająć boksów, więc wzięliśmy się za kłusaki. Nawiązaliśmy współpracę z panem Romanem Mateusiakiem, który miał stajnię niedaleko Wrocławia, uzyskałam licencję powożącego. Okazało się jednak, że kłusaki to nie to, co by mnie interesowało.

W następnym roku przenieśli się do Drogoszowic koło Twardogóry, gdzie rodzice Elwiry mieli kawałek ziemi i tam postanowili rozpocząć własną działalność. Sprowadzili dwie klacze – źrebną Essenzę z Włoch oraz Turbulencję (polskiej hodowli) z Austrii. Zbudowali stajnię, ogrodzili padoki.

E. P., J. S.: - Obie klacze przyszły do nas pod koniec grudnia. W maju Essenza się oźrebiła i na świat przyszła Ella. W tym też czasie przyjechała do nas z Włoch klacz Sea Of Star źrebna ogierem King Charlemange i u nas urodził się Star Mangal. Koni zaczęło przybywać, dostaliśmy również kilka od pana Baranieckiego. Była wśród nich Kareta, którą później odkupiliśmy, matka Kayli.

Dodatkowo zawarli umowę z Albinem Nicponiem na dzierżawę araba Farah-Basela, z którym przyszły pierwsze sukcesy na torze. Trenowali go u siebie, na galopy przyjeżdżali na Partynice. Koń wygrał na warszawskim Służewcu kilka gonitw, w tym Nagrodę Batyskafa, w której dosiadała go Elwira.

Pierwszymi źrębietami, jakie przyszły na świat w Drogoszowicach, były wspomniane Star Mangal i Ella. A właściwie Karolek i Karolka, bo kiedy się urodziły, to zanim otrzymały swoje późniejsze imiona, tak właśnie zostały pieszczotliwie nazwane.

E. P., J. S.- Z początku nie wiedzieliśmy, jak je nazwać. Najpierw urodził się on i nazwaliśmy go Karolek, a potem na świat przyszła ona i została Karolką. I tak je nazywamy do dziś.

Ośrodek w Drogoszowicach rozwijał się – powstała nowa stajnia na 10 koni i tor treningowy, doszła zadaszona karuzela, ciągnik i inne urządzenia. Kiedy pod koniec ubiegłego roku pojawiła się możliwość wynajęcia boksów na Partynicach, przenieśli się tu z końmi przygotowywanymi do wyścigów. W treningu mają kilkanaście koni pełnej krwi angielskiej, swoich i innych właścicieli.

W Drogoszowicach pozostała hodowla, z której jednak chcą się wycofać.

E. P., J. S.- Koszty odchowania roczniaka są zbyt duże w porównaniu z cenami, jakie nam się proponuje. Ciężko jest też pogodzić obowiązki na torze i u nas, codzienne przejazdy tam i z powrotem. Dlatego kilka koni z naszej stadniny sprzedaliśmy. Zostawiliśmy sobie tylko Turbulencję, która ma u nas dożywocie, i jej roczną córkę, z którą wiążemy duże nadzieje.

Piotr Pękala
Fot. Marta Nowakowska

facebook